• Wpisów:2
  • Średnio co: 1 rok
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 19:39
  • Licznik odwiedzin:887 / 1117 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przyznaję, że nie jestem fanką, a tym bardziej znawczynią kosmetyków. Nie kolekcjonuję ich i nie zwykłam być od nich uzależniona. Największą i chyba jedyną uwagę przykładam do moich słabych paznokci, a także ust i to właśnie o nich słów kilka, a właściwie o snobistycznym wynalazku, na który pozwoliłam sobie po miesiącach zwlekania i po latach obsesji Chanel oraz wszystkim, co z tym związane, a teraz zdecydowałam się podzielić moimi chwiejnymi i pełnymi kontrastu (jak zwykle) refleksjami.



Kolor, który wybrałam to 40 La Sensuelle - odcień czerwieni, choć właściwie wariacja między czerwienią, a różem. Kolor trudny do opisania, lecz moim zdaniem nie gra on roli. Każda uroda lubi inny odcień szminki i jest to zupełnie indywidualna kwestia.
Ja swoim kolorem jestem wręcz zachwycona. Moje niedoświadczone dłonie nie mają problemów z nakładaniem jej, a w dodatku szminka jest niezwykle trwała - nie pozostawi śladów na filiżance kawy, po kilkunastu czułych buziakach kolor nie znika, lecz subtelnieje, co w przypadku La Sensuelle jest całkiem niezłe, kolor ten wygląda nawet lepiej. Zapach jest niebiański, zdecydowanie nie zabija swoją intensywnością.




Jedyny minus? Być może cena, która sięgać może nawet 159 zł. Lecz czymże jest owa cena, gdy zdecydowane i zakochane w owej szmince jesteście?

Kobiecych wymówek na kupno szminki jest wiele, modeli szminek Chanel również, ja skromnie polecam właśnie ten, przypominając przy tym abyście dobrze nawilżały usta, bo szminki lubią je wysuszać, niezależnie od marki.
 

 
Jest to mój pierwszy wpis, zatem powinno zapoczątkować go radosne "bonjour". Z pewnością tak, jak i w życiu będę nieco chaotyczna i niepoukładana.

Jesień poczyna całkowicie otaczać świat swoją melancholijną aurą. Miasto wydaje się bardziej szare, czasami oświetlone kawiarnianymi lampkami, wszystko otoczone nikotynowym dymem i smutnymi ludźmi w zupełnie smutnych szalikach. Ale w tym wszystkim ja paradoksalnie odnajduję mocną dawkę energii.





I ta właśnie pora roku popchnęła mnie w kierunku pewnej intrygującej kobiety - Charlotte Gainsbourg. Wcześniej kojarzyłam ją przede wszystkim z dzieł Larsa von Triera, choć w tej chwili z każdą sekundą odkrywam ją na nowo.
Pomaga mi w tym fantastyczny album "5:55". Wydaje się być minimalistyczny i nieco vintage, choć tak naprawdę wsłuchując się w niego poznajemy historie, wyznania i uwodzicielskie monologi kobiety prawdziwie nowoczesnej. To kobieta, której nikt nie ominie bez odwrócenia się, czy to w zatłoczonym Gare du Nord, czy na ulicach szalonego Nowego Jorku. Taka właśnie jest Charlotte - intrygująca artystyczna dusza.
Jej płytę polecam każdemu melancholikowi, ale i osobom, które w codziennej jesiennej rutynie przestały cieszyć się kroplami deszczu, czy zapachem gorącej kawy. A poniżej mój zdecydowany płytowy faworyt.




  • awatar heproe: powodzenia w prowadzeniu bloga :)
  • awatar icelandic: Bardzo miło się czyta ;)
  • awatar Gość: ach, te czasy...! wyczuwam tu potencjał... :D podoba mi się.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›